|
Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.
R. Kapuściński
środa, 18 listopada 2009
Koreańczycy i psie mięso czyli Cheongju jak stało tak stoi
Strsznie się zaniedbałam z pisaniem, ale cóż poradzić: egzaminy, teakwondo, choroba (zostałam mistrzem szpitalnej biurokracji...). Po pierwsze primo ciekawy i napewno dla wielu odkrywczy artykuł o spożywaniu psiego mięsa w Korei: jak zawsze nie zawodny AskAKorean Swego czasu, w okresie Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 2002 roku, polskie media (i zapewne nietylko) strasznie przeżywały to psie mięso. I generalnie wynikało z tego, że w Korei w zasadzie to głównie się tego psa je, co jest nieprawdą. Jeszcze nie dane mi było spróbować bo 1) to droga impreza, a ostatnio muszę oglądać każdego wona dwa razy przed wydaniem 2) jest to raczej danie letie (tak wiem: jak to gorące miścho/zupa latem?! Ale w tym szaleństwie jest metoda: po takim gorącym posiłku, ukrop na zewnątrz wydaje się jakby lżejszy...). Jak spróbuję to dam napewno znać.
Od półtora miesiąca jestem w klasie z samymi Chińczykami (moja walka o przeniesienie do wyższej grupy jest tu gdzieś opisana). Teraz po zeszło tygodniowym egzaminie przemieszali nas i znów mam nowych kolegów i nową nauczycielkę (w odróżnieniu od poprzedniej - fatalna). Najgorsze jest zapamiętanie tych wszystkich imion. Głównie staram się korzystać ze skojarzeń, ale... np. moja ulubiona koleżanka z łąwki ma imię, które brzmi dosłownie jak Tampon. Kolega za mną przedstawił się jako 'Chewing Gum' (ang. guma do żucia). Są też imiona brzmiące prawie swojsko, tzn. George-y czy Jein. Ale nic nie przebija chłopca o imieniu 'Chuj'.
I to co najbardziej lubimy robić na lekcjach:
Późne popołudnie w Cheongju:
I trochę seulskiego Gangnam:
stacja metra 'Gangnam':
poniedziałek, 26 października 2009
Klasowa objazdówka I: Pohang
Jestem strasznie do tyłu z pisaniem tutaj, ale w zeszłym tygodniu miałam 2 egzaminy i zagmatwane życie osobiste, więc nie miałam czasu nawet na podrapanie się w głowę.
W dniach 15 – 17 października zabrała nas na obowiązkową objazdówkę po południu Korei. Trochę się przed tym broniłam, bo moja nowa klasa (czyli moi Chińczycy) nie jest objęta tym cudownym programem, więc mieli normalne zajęcia, a tu egzamin za rogiem. Poza tym, tak się składa, że średnio toleruję osoby z którymi tutaj muszę studiować. Z niewielkimi wyjątkami, to albo religijni fanatycy albo naiwni hura stachanowcy. Ale wycieczki nie żałuję, bo Korea to piękny kraj, który zawsze warto zwiedzać, nawet w kiepskim towarzystwie. Poza tym POSCO, które zapłaciło za tę wycieczkę dopilnowało byśmy jadali w najlepszych restauracjach z lokalnym żarciem. Mniam Mniam
sobota, 17 października 2009
Umowa o handlu między EU a Koreą
Republika Korei podpisała z Unią Europejską umowę o handlu, co jest pewnym przytyczkiem w nos dla USA. Wiecej tutaj. Branża motoryzacyjna EU nie jest za bardzo zadowolona.
Więcej rozpiszę się o tym jak odpocznę po wycieczce na południe.
czwartek, 08 października 2009
Moja Wielka Chusokowa Wycieczka
Chusok to w telegraficznym skrócie tutejsze święto dziękczynienia, wypadające 15tego dnia 8 miesiąca kalendarza księżycowego. Z tej okazji w Korei jest 3 dniowe święto (jak na tutejsze zwyczaje to bardzo dużo!). Wszyscy jadą w swoje rodzinne (고향 – kohyang), a ponieważ większość mieszkańców Seulu (cała aglomeracja to ok. 40% ludności Korei) jest przyjezdna, więc drogi na południe w wieczór przed świętami są makabrycznie zakorkowane. Najrozsądniejsze dla cudzoziemca jest wtedy jechać w odwrotnym kierunku, czyli do opustoszałego Seulu. Ja trochę inaczej zrobiłam i nienajgorzej na tym wyszłam.
czwartek, 01 października 2009
Kozia Wólka
Cheongju to jednak straszny ciemnogród. I nie chodzi mi o to, że robię furorę na ulicach (w Seulu też mi się to zdarza). W Cheongju jest Biuro Imigracyjne, które spokojnie może konkurować z dziekanatem mojej eks-uczelni jeśli chodzi o sposób (i tempo) działania. Uczelnia hurtowo złożyła nasze papiery o kartę pobytu - Alien Registration Card 외국등록증 - (razem z paszportami) w pierwszym tygodniu września. Nas jest raptem 30 osób plus ok. 40 studentów z Chin plus ok. 50 osób z drugiego uniwersytetu plus max. 10 nowych nauczycieli angielskiego w tutejszych szkołach. Czyli nie jest to znowu jakoś specjanie dużo cudzoziemców jak na maisto z ponad 600 tys. mieszkańców. W Seulu wyrobienie karty zajmuje 10 dni (moje doświadczenia zeszłoroczne i tegoroczne znajomych). Ja swoją dostałam dzisiaj. Po 4 tygodniach czekania. Bo podobno mają tylko 1 maszynę do wyrabaiania kart (karta to tylko kawałek plastiku, żadnych pasków magnetycznych, czipów czy innych bajerów). No. Dopiero przedwczoraj raczyli mnie poinformować, że nie pasuje im moje zdjęcie (to samo co dawałam w zeszłym roku - i jakoś w Seulu pasowalo - i to samo co mam w paszporcie...). Więc jeszcze przy okazji miałam nerwówkę. A na koniec, w ramach pokazania nam - okropnym cudzoziemcom co sieją zgorszenie i zarazę w postaci świńskiej grypy, obcięli nam termin ważności wiz o połowę. Czyli jak ktoś miał 2 lata to teraz ma rok. Większość jednak (w tym ja) miała roczne wizy (d-4 na kurs językowy). Wiec teraz mamy 6 miesięczne. I nie chodzi nawet o to, że w lutym/marcu czekają nas kolejne przeboje z Immigration Office. Po pierwsze w banku mogą nam nie wydać kart debetowych (na razie używamy, niczym w latach 80tych, książeczek bankowych. nie polecam). Moga nam nie sprzedać telefonów na abnoment (tak wiem, są tzw. prepaid. Ale jak jestem tu na 3 lats to wolę mieć coś porządniejszego niż gówienko z którego w zeszłym roku korzystałam). I jeszcze kilka innych rzeczy. Wkurza mnie ta moja prowincja bardzo. Uniwerek też mnie wkurza, bo nie chcą otworzyć grupy z moim poziomem a zapisali mnie na egzamin pod koniec miesiąca. Na który mam się sama przygotować (tak wygląda mój dzień: koledzy mają 4 h normalnych zajęć i 2 samodzielnej nauki. ja mam 6 h self study). Kurwa no. Jadę jutro w okolice Incheon.
poniedziałek, 28 września 2009
W Cheongju wszyscy zdrowi
Choć w zeszłym tygodniu byłam mocno przeziębiona. Więc chowałam się przed codziennym mierzeniem temperatury, bo by mnie jeszcze wysłali do szpitala z podejrzeniem ptasiej grypy. Weekend tradycyjnie spędziłam w Seulu, tym razem zaliczając imprezowe dzielnice Hongdae i Sinchon (samo centrum w pobliżu kilku dużych uniwersytetów). Posłuchałam wielu mąrdości życiowych na przeróżne tmeaty, spróbowałam ananasowe soju (serwowane w prawdziwym ananasie), zostałam namówiona na tatuaż, poznałam niebanalnych ludzi i banalnie się bawiłam. M.in śpiewając tę oto piosenkę w norebangu (노래방 - tutejszy odpowiednik karaoke)
W ten weekend znów Seul, ale to dlatego, że jest Chusok (tak, tak wypłodzę wpis) i jest to jedyny kierunek na któym nie będzi gigantycznych korków. A 3 dni w akademiku nie wytrzymam. Zresztą ze wzgledu na święta bedzie spokojnie i wezmę aparat. Koniec nadawania.
wtorek, 22 września 2009
|
Archiwum
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Mój blog po angielsku/My blog in English
Mój e-mail: marta.allina (at) gmail.com
Poczytaj/pooglądaj
Praktyczne linki
Zaczynam dzień od:
|